Książę w cukierni

W_cukierni_0

W_cukierni_06

W_cukierni_04

W_cukierni_01

W_cukierni_05

W_cukierni_02

W_cukierni_03„Książę w cukierni” to na pewno nie jest zwykła książka, to literacko-ilustracyjne dzieło sztuki, prawdziwa perełka w świecie dziecięcej literatury. Jest niezwykła po każdym względem, o czym przekonujemy się już przy pierwszym kontakcie. Nietypowy jest sam format – ponad 6-metrowa harmonijka, której rozwijanie jest jak odkrywanie tajemnicy. Niezależnie od tego czy robimy to sami czy z dzieckiem, dostarczamy sobie prawdziwie dziecięcej frajdy. Książka jest bardzo ładnie wydana, na szlachetnym papierze i pod każdym względem dostarcza wrażeń estetycznych na najwyższym poziomie. Nadzwyczajne, tajemnicze ilustracje Joanny Cocejo, polskiej artystki mieszkającej we Francji, wprowadzają nas w świat z pogranicza jawy i snu. Wykonane z mikroskopijną wręcz dokładnością zagadkowe obrazy przenikają się i dopełniają na kolejnych skrzydełkach harmonijki. Intrygują, rodzą pytania, prowokują do szukania odpowiedzi, których być może nie ma. Nie jest to rysunek łatwy w odbiorze, nie do końca gładki i „ładny”. Surrealistyczny i ponury zachęca do myślenia, do szukania własnej interpretacji, do szukania drugiego dna.

„Książę w cukierni” zaspokaja nie tylko zmysł wzroku, daniem głównym jest tu doskonały tekst Marka Bieńczyka. Krótka powiastka filozoficzna, z pozoru humorystyczna i lekka, dotyka spraw fundamentalnych – na warsztat bierze anatomię szczęścia. O jego istocie, w miłej cukiernianej atmosferze, rozprawia Duży Książę i Kaktusica. Przy kolejnych kęsach słodkiej bajderki i napoleonki zostaje podstawiona teza o nieuchwytności szczęścia.

„W tym sęk, że szczęście mija zupełnie niezauważone. Spodziewasz się, że takie prawdziwe szczęście, takie że ach, przyjdzie dopiero jutro, za tydzień, no, kiedyś. I zupełnie nie podejrzewasz, że przeżywasz je tu i teraz. Jedząc ze mną tę napoleonkę…”

Szczęście dla Dużego Księcia jest źródłem kłopotów, bo czuje, że na nie nie  zasłużył, że nie był wystarczająco fajny czy dobry.

„Bo czuję, że gdy jestem szczęśliwy, to za jakiś czas będę bardzo nieszczęśliwy. Że nie wolno mi być szczęśliwym, gdyż koszt szczęścia, czyli przyszłe nieszczęście, jest nadto wysoki. Nie mogę przestać sobie wyobrażać, że w świecie istnieje równowaga radości i bólu i że kiedy ja naruszysz, czując się na przykład wspaniale i szczęśliwie, to w zamian zaraz coś złego na ciebie spadnie.”

Te rozmyślania doprowadzają Księcia do poczucia nieszczęścia z powodu ulotności szczęścia:

„…najgorsze w szczęściu jest chyba jeszcze coś innego. Mianowicie myśl, że wkrótce się skończy. Że siedzimy tak sobie w tej cukierni, opychamy się ciastkami i jesteśmy szczęśliwi, ale to szczęście nie będzie trwało wiecznie. A skoro nie będzie trwało wiecznie, to tak, jakby go wcale nie było.”

„Książę w cukierni” nie jest jeszcze lekturą dla mojej dwuletniej córeczki, przynajmniej pod względem treści, bo na dobra ilustrację nigdy nie jest za wcześnie. Jest natomiast lekturą dla mnie, dla dziecka którym byłam, kiedy miałam całkiem podobne przemyślenia. Od kiedy świadomie próbowałam ugryźć szczęście, w głowie nieustannie brzmią mi słowa Goethego „Chwilo trwaj, jesteś tak piękna!”. I pamiętam bardzo dobrze dwa takie momenty w życiu, kiedy owego szczęścia doświadczałam całą sobą. Wtedy, gdy siedząc na wzgórzu i patrząc na księżyc pierwszy raz uświadomiłam sobie, że jestem zakochana. Drugi raz, gdy leżąc w szpitalnej sali patrzyłam na śpiącą obok mnie maleńką, właśnie narodzoną córeczkę. Obserwowałam jak oddycha, słuchałam bicia jej serca. Wtedy ze szczęścia płakałam, a między jej a moim oddechem mieścił się cały świat…

„Książę w cukierni” to przedmiot do smakowania, delektowania się razem z dzieckiem. Nie bez powodu książka została nominowana do prestiżowej nagrody IBBY 2013. Zachęcam do spróbowania, może uda się wam odkryć tajemnicę niedźwiedzia?

Książę w cukierni: Wydawnictwo Format