Gdy gaśnie słońce

_DSE1297_s

_DSE1258_s

_DSE1288_s

_DSE1283_s

_DSE1253_s

_DSE1245_s

_DSE1270_s

_DSE1229_s

_DSE1214_s

_DSE1019_s

_DSE1114_s

_DSE1193_s

_DSE1194_s

_DSE1186_s

_DSE1155_sTen moment zbliżał się nieuchronnie, czułam to. Może przez słowa przedszkolanki, która po ko raz kolejny zwróciła uwagę, że Luna bawi się w śmierć. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego, skąd przychodzi jej to do głowy, przecież w domu o tym nie rozmawiamy, nie miała szansy usłyszeć w telewizji, nikt z bliskich nie odszedł w ciągu jej życia. Może z baśni o Królewnie Śnieżce którą zna z książeczek i dwa razy miała okazję widzieć na przedstawieniu, może z innych baśniowych opowieści, a może takie przeczucia istnieją w każdym, nawet najmniejszym człowieku. Próbowałam obejrzeć z nią „Krainę Lodu”, nie dała rady, po scenie, w której statek z rodzicami nie wraca do domu wybuchnęła płaczem. Zastanawiałam się jakim cudem wyczuła o co chodzi, przecież w bajce nie pada słowo śmierć, nic nie jest wprost powiedziane, my potrafimy to wyczuć, bo wiemy. A skąd wie ona? Czy wynika to z ogromnych pokładów empatii, których ma ponadprzeciętnie dużo, nie wiem. Wtedy pierwszy raz poczułam, że czas by porozmawiać z nią o śmierci.

Jak to się robi? Nie wiem czy jest na to jakiś dobry sposób, może dlatego większość rodziców traktuje tę kwestię jako tabu, którego lepiej z dzieckiem nie poruszać, trzymając pod bezpiecznym kloszem złudzeń. Nie przypominam sobie takiej rozmowy z dzieciństwa, być może nigdy jej nie było, pamiętam za to bardzo dobrze, jak ekstremalne rzeczy robiłam, by sprawdzić, czy jestem nieśmiertelna, to był rodzaj obsesji, ta moja wyimaginowana nieśmiertelność.

Uznałam, że zabiorę moją dziewczynkę na cmentarz i tam z nią porozmawiam. Wybrałam piękny listopadowy wieczór, rozświetlony tysiącem zniczy. Powiedziałam, że jedziemy w takie miejsce gdzie są umarli. Kiedy na miejscu pytała, czy ci wszyscy mijający nas ludzie są umarli, wiedziałam już, że łatwo nie będzie. Nie było. „Kiedy oni wyzdrowieją? Kiedy ożyją? Nigdy?!” Doznała szoku i się rozpłakała. A ja razem z nią, jakby ta świadomość dotarła do mnie pierwszy raz w życiu. Ale jak to, dlaczego, dlaczego?! Biorąc pod uwagę fakt, jakim ułamkiem sekundy jest nasze życie, to śmierć jest dla nas naturalnym stanem, nie życie. I chodzi w tym wszystkim o to, by ten nasz ułamek wyrwany wieczności przeżyć dobrze, by go nie zmarnować, wykorzystać każdą chwilę, wycisnąć ją do ostatniej soczystej kropli. „Chwilo trwaj, jesteś tak piękna”! Chwilo, kiedy nie robię nic, tylko tulę moją córeczkę, wsłuchana w jej oddech, wwąchana w jej zapach, wpatrzona w jej uśmiech, w jej zamknięte oczy, kiedy śpi. Tulę ją nocą, tulę ją przez sen, nikt nie powie mi, że mam ją odesłać do pustego pokoju na drugim końcu domu, nikt. Bo szkoda mi każdej chwili przeciekającej przez palce, zaraz skończą się utulanki, dorośnie, odejdzie, a ja zgasnę, jak ci wszyscy towarzysze wieczora. Już gasnę, wszyscy gaśniemy, wpatrzeni w niebo gwiazd, których już dawno nie ma.

Czy nie jest tak, że patrząc na nasze dzieci najmocniej doświadczamy przemijania? Patrząc jak rosną, jak zmieniają się każdego dnia, gdy odkładamy kolejne za małe ubranko, staje się to takie namacalne. Ja płakałam przy pakowaniu pierwszego kartonu z ubrankami, z których Luna wyrosła. Jakby wózek zaczął się już toczyć w drugą stronę.

Tego listopadowego wieczora doszłyśmy do nagrobków dzieci, kazała mi czytać ich imiona, powtarzała po mnie… Izunia, Maciuś, Beatka, Rysio… „Rysio?!” Nie kochanie, nie ten Rysio.
Te wszystkie dzieci, maleństwa… tego nie potrafiłam wytłumaczyć nawet sobie…